Gdy „gadżet" trafia na salę sądową. Dokumenty kolekcjonerskie w polskim orzecznictwie

September 25, 2015
Nature

Luka, która przez lata karmiła przestępców

Przez wiele lat polskie prawo znajdowało się w dziwacznym rozkroku. Z jednej strony kodeks karny — artykuł 270 — zabraniał fałszowania dokumentów i posługiwania się nimi jako autentycznymi. Z drugiej strony żaden przepis wprost nie zakazywał produkowania ani sprzedawania plastikowych kart, które do złudzenia przypominały dowody osobiste, prawa jazdy czy legitymacje studenckie. Branża sprzedawców działała w pełnym świetle dnia, reklamując swoje produkty jako „gadżety" i „pamiątki". Dokumenty kolekcjonerskie można było zamówić przez internet, opłacić za pobraniem i odebrać pocztą. Ceny wahały się od 300 do ponad 1000 złotych za egzemplarz — trudno mówić o cenie za niewinną zabawkę.

Organy ścigania przez długi czas stały bezradne. Prokuratorzy, nawet jeśli chcieli ścigać sprzedawców, napotykali na fundamentalną przeszkodę: samo wytworzenie repliki dokumentu tożsamości nie było przestępstwem. Karalne było dopiero użycie jej jako autentycznej — ale żeby udowodnić taki zamiar przy zakupie, musiano złapać sprawcę na gorącym uczynku. Każda sprawa sądowa, w której jako narzędzie przestępstwa figurował „kolekcjonerski" dowód osobisty, była więc podzielona na dwa odrębne czyny: sprzedaż (wówczas legalna) i użycie (przestępcze). Sprawcy doskonale to wiedzieli.

Sytuację komplikował jeszcze jeden czynnik: znaczna część produkcji odbywała się za granicą, poza jurysdykcją polskich sądów. Dokumenty kolekcjonerskie trafiały do Polski przez kurierów, nierzadko w przesyłkach opisanych jako „artykuły plastikowe" lub „wyroby polimerowe". Nawet jeśli polska prokuratura chciała podjąć działania, często napotykała na ścianę w postaci braku podstawy prawnej do pociągnięcia do odpowiedzialności zagranicznego producenta.

Wyrok Sądu Najwyższego, który zmienił perspektywę

Przełomowe znaczenie dla interpretacji prawa w tym obszarze miał wyrok Sądu Najwyższego z 2006 roku, sygnatura III KK 164/05. Sąd orzekł wówczas, że samo posiadanie podrobionego prawa jazdy w momencie wsiadania do samochodu z zamiarem kierowania nim wyczerpuje już znamiona usiłowania posłużenia się fałszywym dokumentem. Innymi słowy: nie trzeba było czekać, aż sprawca faktycznie okaże sfałszowany dokument policjantowi — sam kontekst sytuacyjny wystarczył do przypisania przestępstwa. Orzeczenie to, choć wydane przed erą masowego handlu replikami dokumentów tożsamości przez internet, otworzyło drogę do szerszego ścigania osób posługujących się dokumentami kolekcjonerskimi jako autentycznymi.

Znaczenie tego wyroku trudno przecenić. Dał on prokuratorom narzędzie, którego wcześniej brakowało: możliwość wykazania przestępczego zamiaru bez konieczności obserwowania samego aktu okazania dokumentu. W kolejnych latach sądy coraz śmielej stosowały tę interpretację, a sprawy dotyczące wyłudzeń kredytów, zakupu usług telekomunikacyjnych czy wynajmu pojazdów z użyciem kolekcjonerskich podróbek zaczęły kończyć się wyrokami skazującymi.

Ustawa o dokumentach publicznych — przepis konieczny, ale niewystarczający

Przez lata skala problemu była trudna do zmierzenia, ale dostępne dane dają do myślenia. Związek Banków Polskich informował, że corocznie udaremniano około 6 000 prób wyłudzeń kredytów z użyciem fałszywych dokumentów — przy czym chodziło wyłącznie o przypadki wykryte. Eksperci wskazywali, że rzeczywista liczba była wielokrotnie wyższa. Dokumenty kolekcjonerskie służyły nie tylko do wyłudzania kredytów i chwilówek, ale też do zakupu usług abonamentowych, zakładania kont bankowych na cudze dane czy transakcji na rynku nieruchomości — słynna historia opisana przez Bankier.pl dotyczyła rodziny, która przez taki dokument straciła mieszkanie.

W odpowiedzi na narastający problem Sejm uchwalił w 2018 roku Ustawę o dokumentach publicznych, która weszła w życie 12 lipca 2019 roku. Kluczowy był artykuł 58: wytwarzanie, oferowanie, zbywanie lub przechowywanie w celu zbycia repliki dokumentu publicznego zostało zagrożone grzywną, ograniczeniem wolności albo pozbawieniem wolności do dwóch lat. Replika zdefiniowana była jako odwzorowanie w skali od 75 do 120 procent oryginału — przepis celowo skonstruowano tak, by wyeliminować argument producentów, że ich „gadżety" różnią się rozmiarem od prawdziwych dokumentów.

Reakcja branży była jednak symptomatyczna. Część sklepów nie zmieniła niczego w ofercie przez wiele tygodni po wejściu ustawy w życie. Inne dodały lakoniczny disclaimer, że zamawiać może „tylko osoba, dla której oryginalny dokument został już wydany" — i nadal sprzedawały repliki w oryginalnym rozmiarze. Ministerstwo Spraw Wewnętrznych i Administracji, zapytane przez dziennikarzy o działania egzekucyjne, odparło, że nie ma narzędzi do samodzielnego działania i że to sprawa dla organów ścigania. Komenda Główna Policji na pytania nie odpowiedziała.

Sceptycy od początku wskazywali na fundamentalną słabość nowej regulacji: samo posiadanie repliki nie było karalne — karalne było dopiero jej zbycie lub przechowywanie w celu zbycia. Oznaczało to, że osoby, które zdążyły zakupić dokumenty kolekcjonerskie przed wejściem ustawy w życie, pozostawały poza zasięgiem nowego prawa. Rynek po prostu przeniósł się głębiej — do forów kryptowalutowych, zaszyfrowanych kanałów i zagranicznych domen.

William Wong

My name is Will and I first discovered Webflow in November 2013. Since then, Webflow has had a HUGE impact on my web design projects – saving me countless design hours, development costs, and has helped improve my understanding of HTML/CSS tremendously!

Related Posts

Stay in Touch

Thank you! Your submission has been received!

Oops! Something went wrong while submitting the form